''Czasami najlepszy sposób, by się dowiedzieć, co należy zrobić, to zrobić coś wręcz przeciwnego''. Recenzja książki ''Ten jeden dzień'' Gayle Forman.

Życie Allyson jest poukładane, zaplanowane, uporządkowane. Ale wystarczy jeden dzień aby wszystko się zmieniło.
Pod koniec swoich europejskich wakacji poznaje przypadkowo Willema - chłopak podchodzi do niej, kiedy stoi w kolejce z grupą wycieczkowiczów do teatru na spektakl o Hamlecie i wręczając jej ulotkę, zachęca aby przyszła obejrzeć przedstawienie o zbliżonej tematyce, w którym on gra główną rolę. Następnego dnia spotykają się ponownie w pociągu jadącym do Londynu. Po dotarciu do celu, na peronie, dziewczyna zwierza mu się, że ich wycieczka nie objęła programem Paryża, który tak pragnęła zwiedzić. Willem, znajacy Paryż od podszewki, proponuje Allyson kompletnie szalony i nieodpowiedzialny projekt: zabierze ją do stolicy Francji na jeden dzień, jeśli tylko się na to zgodzi i mu zaufa. Ona, ku własnemu zdziwieniu zgadza się, chociaż jest to całkowicie nie w jej stylu. Przed nimi roztacza się wizja cudownego, pełnego niesamowitych wrażeń dnia, który według ich mniemania nigdy się nie skończy i będzie trwał przez całą wieczność. Willem swoją pogodą ducha oraz wyrafinowanym sposobem bycia, całkowicie podbija serce Allyson, jest w stanie zrobić dla niego wszystko, pomimo tego, że prawie wcale go nie zna. Jest zafascynowana całą jego osobą, imponuje jej sposób w jaki się wypowiada, to jak wyraża się o miłości oraz jego spostrzeżenia, tak inne od jej własnych. Przy nim czuje się całkowicie bezpiecznie, dlatego kiedy następnego ranka chłopak w tajemniczych okolicznościach znika, nie potrafi sobie wytłumaczyć co jest tego powodem... ale też zdaje sobie sprawę w jak koszmarnej sytuacji została postawiona; na własną rękę musi wrócić do rodzinnego kraju.
Mijające dni, tygodnie i miesiące nie pozwalają jednak zapomnieć o Willemie, a pytanie '' dlaczego? '' pozostanie na zawsze bez odpowiedzi... chyba, że...
 
Moje przemyślenia 

''Ale mimo to, przez cały tamten dzień, bądąc z Willem'em, będąc Lulu, miałam świadomość, że spędziłam dotychczasowe życie w ciasnym, kwadratowym pokoiku, bez okien i drzwi. I było mi tam dobrze. Wręcz czułam się szczęśliwa. Tak mi się zdawało. Potem zjawił się ktoś i pokazał, że pokoik ma drzwi. Drzwi, których nigdy wcześniej nie zauważyłam. A potem je dla mnie otworzył. Trzymał mnie za rękę, kiedy przez nie przechodziłam. I jeden cudowny dzień spędziłam po drugiej stronie. Byłam gdzieś indziej. Byłam kiedyś innym. A potem ten ktoś odszedł i zostałam na powrót zatrzaśnięta w swoim ciasnym pokoiku. A teraz, mimo wszelkich wysiłków nie potrafię już odnaleźć drzwi.''

''Ten jeden dzień'' to powieść znakomita dla młodzieży, ponieważ jej motywem przewodnim jest podróżowanie, przemieszczenie się, odnajdywanie swojego miejsca w życiu i własnego ja, ale także ze wzgledu na młodzieńczą miłość, która w końcu dopada każdego z nas. 

Czytając tę książkę, odnosiłam wrażenie, że cały czas uczy mnie czegoś nowego, otwiera oczy na rzeczy, na które do tej pory nie zwracałam uwagi a rozmowy pomiędzy bohaterami są często folozoficzne, co zmusza czytelnika do dłuższego zastanowienia się nad wieloma wypowiedziami. Szczególnie Willem, jako światowiec, ma zawsze wiele do powiedzenia, co w połączeniu z darem opowiadania i czarujacym głosem, daje znakomity efekt. Nic dziwnego więc, że Allyson nie potrafi być odporna na jego urzekające obejście. Dziewczyna nie jest co prawda zbyt ciekawą osobowością; jest grzeczna, poukładana i nigdy nie sprzeciwia się rodzicom; co w pewnych momentach jest irytujące, gdyż nie umie wyrazić swojego zdania i powiedzieć im co tak naprawdę myśli. Jej mamie zależy szczególnie na tym aby została lekarzem i pomimo tego, że kompletnie nie czuje do tego powołania, to przez długi okres czasu nie potrafi przyznać się do prawdy. Allyson jest bohaterką literacką, która sama by nie istniała, tzn, gdyby książka dotyczyła tylko jej, była by okrutnie nudna i na pewno nikt by jej nie czytał. Główną atrakcją w tej książce jest zdecydowanie Willem. To jego cały czas chcemy na scenie, to o nim chcemy czytać, to nim chcemy się zachwycać.

Powieść podzielona jest na części. I już na wstępie pragnę zaznaczyć, że część pierwsza zatytułowana '' Jeden dzień '' jest porywająca, na maksa, że tak powiem. Willem proponuje ''Lulu'' jednodniową wycieczkę do Paryża, ona się zgadza, i spędzają ze sobą cudowny dzień, podczas którego dzieje się tyle rzeczy na raz, że aż ciężko uwierzyć, że tyle może zdarzyć się w tylko jeden dzień. Podczas tych wspólnych godzin mają szansę poznać się, porozmawiać oraz opowiedzieć sobie o życiu, które prowadzili dotychczas. Szczególnie utkwił mi w głowie jeden moment, który wydawał mi się niezwykle romantyczny, a mianowicie, chwila, kiedy chłopak proponuje zabawę zgubienia się, tzn jadą losowym metrem w losowe miejsce; w efekcie docierają do parku w którym zasypiają w cieniu drzew, przytuleni do siebie .

''Rodzimy się w jeden dzień. Umieramy w jedeń dzień. W jeden dzień możemy się zmienić. I w jeden dzień możemy się zakochać. Wszystko się może zdarzyć w ciągu zaledwie jednego dnia. ''

Najbardziej jednak spodobał mi się przedostatni rozdział pierwszej części, kiedy nie mając gdzie przespać nocy, chłopak znajduje opuszczony budynek przejęty przez artystów i wspinają się do środka oknem. Tam dochodzi do wielu intymności, co z jednej strony mnie zadziwia, w końcu znają się zaledwie dwa dni, a z jednej strony wzbudza wiele emocji. Willem jest cudowny, ale zbyt lekko podchodzi do miłości, nie powinien tak szybko ulegać swoim zachciankom. Następnego ranka natomiast dzieje się coś czego nawet nie przypuszczałam, taki obrót sprawy nawet nie brałam pod uwage. Willem znika zostawiając dziewczynę samą na pastwę losu. W tamtej chwili go nienawidziłam, jednak zastanawiam się dlaczego? przecież człowiek o zdrowych zmysłach by tak nie postąpił ! coś musiało się stać... a może jednak to fanfaron, który szybko nudzi się kobietami i skoro dostał od Allyson wszystko co chciał to zniknął?

Ze smutkiem muszę przyznać, że po zniknięciu Willema książka staje się dalej nudna i mdła, tak naprawdę cały czas czekałam tylko na jakiekolwiek wątki o Willemie, nawet chwile kiedy ''Lulu'' go wspomina. 

Allyson popada w miłosną depresję; nie może ani się uczyć, ani jeść, ani spać ani z nikim rozmawiać. Dopiero kiedy postanawia rzucić kursy medyczne i przenosi się na inne zajęcia, dotyczące poznawania sztuk Szekspira, akcja książki zaczyna ruszać, a to dlatego, że poznaje tam Dee, fantastycznego przyjaciela , który swoją szczerości, zabawnością i prostolijnością zdobywa moje serce. To ona nakłania ją do podjęcia poszukiwań Willema na własną ręke. 


'' [...] - naprawdę uważasz, że tak to działa ? Że życie może się zmienić ot tak, po prostu? 
- Myślę, że nieustannie zdarzają się rozmaite rzeczy, ale jeśli nie staniesz im na drodze, to cię ominą. Podróżując ustawiasz sie na ich kursie. Nie zawsze jest wspaniale. Czasem kończy się okropnie . Ale czasami... - wzrusza ramionami i wskazuje gestem na Paryż, a potem zerka na mnie z ukosa - Bywa nieźle. '' 

Szczerze to bardzo zadziwiły mnie starania Allyson aby zdobyć pieniądze do Paryża i w ten sposób odnaleźć ukochanego, który równie dobrze, mógł dawno o niej zapomnieć. Harowała ponad swoje siły w nocnej restauracji, ale także zaczęła uczęszczać na kurs franuskiego, aby podszkolić swój język. Coś niepojętego. Jej niesamowita odwaga i poświęcenie ogromne mnie wzruszyły, nie jestem w stanie powiedzieć czy ja bym coś takiego uczyniła dla faceta. Wydaje mi się , że jednak nie. 

Oczywiście jak to w książkach bywa, nic nie dzieje się bez przyczyny, więc szybko i bez większych komplikacji udaje jej się odnaleźć Willema i możemy się dowiedzieć, że to nie z jego winy zniknął tamtego pamiętnego ranka. Książka zakańcza się w bardzo tajemniczy sposób, co mnie trochę zasmuciło, bo zbyt wiele rzeczy nie zostało powiedzianych . 
Książke oceniam ( w skali 1-10 ) na 5 . Tym razem powieść udowadnia, że o miłość nie tylko walczy mężczyzna, ale i kobieta i ona też ma coś do powiedzenia . Gdyby nie upór Allyson, prawdopodobnie nigdy więcej nie spotkałaby swojej jedynej i prawdziwej miłości.

''No matter where you are, or who you're with, I will always honestly, truly, completely love you.'' Recenzja książki ''Love,Rosie'' Cecelii Ahern.

Autor : Cecelia Ahern
Tytuł: Love,Rosie
Tytuł oryginału: Where Rainbows End
Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 512
Kategoria: Literatura obyczajowa i romans
Blurby: ''Wzruszająca opowieść o przyjaźni i miłości.''
Streszczenie 
Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni, razem dorastają i przeżywają wszystkie najważniejsze życiowe zwroty akcji. Los zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alex'a przeprowadzają się z Irlandii do Ameryki i chłopiec jest zmuszony przenieść się tam razem z nimi. Kiedy dorasta rozpoczyna w Bostonie studia medyczne, a z Rosie utrzymuje jedynie kontakt listowny i internetowy. Mimo, że wydają się być sobie przeznaczeni, na ich wspólnej drodze do miłości wciąż pojawia się wiele przeszkód, które próbują złamać ich piękną przyjaźń. Czy magiczny związek dwojga ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziła by się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać? 

''Love,Rosie'' to bogata w wielkie emocje oraz nieprzewidziane sytuacje słodko-gorzka opowieść o skomplikowanej relacji między dwójką młodych ludzi, która została rozpisana na kilkanaście lat, dwa kontynenty oraz dziesiątki uczuciowych wzlotów i upadków. To historia Rosie Dunne i Alex'a Stewart'a, którzy bardzo mocno się kochają, ale coś ich nieustannie od siebie odciąga, jakby los nie chciał, żeby byli razem.''

Moje przemyślenia 

''Czasami najlepszą rzeczą dla ciebie jest ta, która znajduje się pod twoim nosem.'' 

Książka poruszyła najwrażliwsze struny mojego serca. Zapadła głęboko w pamięć, pozostawiając po siebie cudowne uczucia, emocje i wrażenia. Nie czytałam chyba nigdy nic równie pocieszającego, nic równie podnoszącego na duchu, nic równie pouczającego. Razem z Rosie przeżywałam jej utajoną miłość do Alex'a, rozumiejąc ją doskonale i przekonywałam się, że życie lubi iść własnym torem, nie zważając na nasze zachcianki i prośby. Życie potrafi dać ''niezłego kopa w dupę'', stawia przed nami mnóstwo przeszkód, które trzeba pokonać aby żyć dalej. Dzięki Rosie zrozumiałam wiele rzeczy: co by się nie działo, nie wolno się poddawać, nie wolno stać w miejscu, trzeba iść na przód, wstawać każdego dnia rano i radzić sobie z przeciwnościami z wysoką podniesioną głową, choć czasem wszystko wydaję się być beznadziejne. A miłość... nikt nie powiedział, że na każdego z nas czeka odwzajemniona, spełniona miłość, że zdobędziemy ''tego wyśnionego, ukochanego, jedynego''. Rosie musiała pogodzić się z myślą, że jej najlepszy przyjaciel, Alex, nigdy nie odwzajemni jej uczuć, że nigdy nie będą razem i jedyne co będzie jej wolno to przyglądać się jego życiu z oddali, patrzeć na jego żonę, dzieci... i jednocześnie spełniać rolę oddanej przyjaciółki, powierniczki. Bardzo trudne zadanie dla kobiety, która kocha. Wręcz niewykonalne! Alex borykał się z podobnym problemem, lecz również nie był na tyle silny aby wyrazić swoje uczucia, bo po pierwsze zanim je sobie uświadomił był już w związku małżeńskim z inną kobietą, a po drugie bał się reakcji Rosie i tego, że przez takie wyznanie ich przyjaźń na zawsze przestanie być taka jak do tej pory. Wzajemnie więc cierpieli, nie wiedząc o uczuciach drugiej osoby! Przerażające! 

Alex, Alex, Alex... to bohater, którego pokochałam całym sercem od pierwszej kartki (czyli kiedy miał 5 lat!). Jest pierwszy na liście moich książkowych westchnień i nic już tego nie zmieni. Od małego chłopca do późnych lat robił charakterystyczny dla siebie błąd: zamiast ''WIEM'', zawsze pisał ''WJEM'', co bardzo mnie bawiło. Od początku myślałam, że obydwoje nie będą mieć zbytnich trudności w odnalezieniu dróg do swych serc, gorzko się jednak pomyliłam, bo przeszkody tylko się napiętrzały!. Pierwszą z nich był wyjazd Alexa do Bostonu. Może nie było by to aż taką tragedią, ponieważ Rosie szybko się zreflektowała i postanowiła wyjechać za Alexem i podjąć studia na bostońskiej uczelni. I gdyby nie ten feralny bal absolwentów, na którym Rosie zaszła w ciążę z kompletnym idiotą, Brianem Marudą, ich losy już wtedy mogły potoczyć się inaczej. Rosie zrezygnowała ze studiowania i pozostała w Irlandii. Alex zatem po niedługim czasie zakochał się w koleżance ze swojej grupy studenckiej, Sally. Przeklinałam go za bezmyślność i podejmowanie błędnych decyzji kiedy ogłosił, że zamierza się z nią ożenić. I to pomimo tego, że zaczął czuć niepewność względem Rosie, oboje bowiem doświadczyli ''owej ciszy'', która nagle zapadła między nimi podczas rozmowy kilka dni przed ślubem. Niestety wszystko na nic! Rosie uświadomiła sobie swoje uczucia, ale Alex wciąż nie był do końca przekonany. Miałam ochotę porządnie nim przetrzepać! 


Dziewczyna czekała na niego całymi latami i przed nikim nie potrafiła się otworzyć na tyle, aby przyznać, że ma nadzieje na jego powrót. A kiedy w końcu poznała Greg'a i wyszła za niego za mąż, wtedy Alex oznajmił rozpad swojego małżeństwa! Co za ironia losu!. Szału dostawałam przy czytaniu tej książki, zastanawiałam się dlaczego oboje wszystko tak utrudniają? Kiedy Alex zorientował się, że Greg zdradza Rosie, w porę się opamiętał .. napisał do niej list, w którym wyznał jej swoje uczucia... niestety! List dostał się w ręce Greg'a i nie doszedł na czas do właściwej adresatki. Wtedy mniej więcej dałam za wygraną... zrozumiałam, że ich miłość naprawdę nie może się udać. 

Rosie była kobietą bardzo dzielną, nie poddającą się, idącą twardo na przód. Sama poradziła sobie z wychowaniem córki, udało jej sie zdobyć dyplom hotelarstwa, który zawsze pragnęła posiąść i chociaż nie układało jej się przez długi czas w życiu zawodowym jak i miłosnym to nigdy nie załamała się do tego stopnia, aby wpaść w depresję. Szczególnie przykro mi było patrzeć na jej samotność, przez co przymykało się oko na jej ''ogólne narzekanie na wszystko''. Miała na szczęście bliskie osoby, na które zawsze mogła liczyć: Ruby, Stephanie oraz rodziców. Z Rosie każda z nas powinna brać przykład. Ale żadna z nas nie chciała by być na jej miejscu. Może tylko pod jednym względem. Alex. Wymarzony przyjaciel, godny pozazdroszczenia. Rzadko można spotkać tak głęboką, życzliwą i lojalną relację oraz więź.

Każdy bohater w powieści miał konkretny udział w historii życia Alexa i Rosie. Szczególnie podobała mi się postać Ruby, szalonej przyjaciółki Rosie, która zawsze umiała rozładować tragiczną sytuację zabawnym komentarzem. To właśnie ona wciąż jej powtarzała ''- przestań czekać na Alex'a. On ma żonę i dziecko...''. Jedną z milszych bohaterek była tez Katie, córka głównej bohaterki, która w momencie dorastania ujawniała podobieństwo charakteru do swojej matki. Jednym z bardzo smutnych momentów była śmierć rodziców Rosie, lecz gdyby nie to, Greg nigdy nie zdobyłby się na to, aby zwrócić swojej byłej żonie list sprzed dziesięciu lat, zagubiony list od Alexa . 

Podsumowując książkę oceniam ( w skali 1-10 ) na 10. Na samym początku książka w formie listów, liścików, zaproszeń, wizytówek, sms'ów i czatowania, nie przekonywała mnie, ponieważ wydawało mi się, że w ten sposób, nie jest się w stanie przekazać wszystkich niezbędnych informacji aby dobrze zrozumieć powieść. Lecz jednak byłam w błędzie, gdyż taka forma książki pozwoliła mi bliżej poznać głównych bohaterów, co za tym idzie, bardziej pokochać Alex'a, za jego ''wjem'' jak i troskliwość, opiekuńczość względem Rosie i swoich dwóch synów. Jestem pewna, że wielokrotnie będę jeszcze w przyszłości czytać ''Love, Rosie''. Alex i Rosie to coś więcej niż zwykli bohaterowie literaccy, to ''żywe istoty'', które są mi niezwykle drogie. 


''Życie toczy się nawet wtedy, kiedy chcemy, aby się zatrzymało - zwłaszcza wtedy.'' Recenzja książki '' Emma i Oliver'' Robin Benway.


Autor: Robin Benway
Tytuł: Emma i Oliver
Tytuł oryginału: Emmy and Oliver
Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 384
Kategoria: Literatura młodzieżowa








Streszczenie  
Emma i Oliver są najlepszymi przyjaciółmi od zawsze. Urodzili się tego samego dnia, w tym samym szpitalu, a na dodatek mieszkają drzwi w drzwi, a ich okna wychodzą na siebie. Pewnego dnia Olivera porywa ojciec. Chłopiec odnajduje się dopiero po dziesięciu latach. Emma wyrasta na rezolutną i kochającą surfing nastolatkę, której głównym celem jest dostanie się na wymarzony Uniwersytet a co za tym idzie wyrwanie się spod skrzydeł nadopiekuńczych rodziców. Oliver nie potrafi odnaleźć się w dawnym świecie, który nie przypomina świata, który z przymusu musiał pozostawić jako siedmiolatek. Ma teraz 17 lat, wszystko jest dla niego nowe, obce i nieznane. Przyjaciółka z lat dziecięcych, Emma,  jest dla niego jak odległy sen, którego prawie nie pamięta, a matka, całkowicie nieznajomą kobietą, z którą nie potrafi się porozumieć ani dogadać. Dla Olivera jest to okrutnie ciężki czas miotania się w swoich pogmatwanych uczuciach i emocjach, dla tego nie potrafi przed nikim się otworzyć. Do czasu...

Moje przemyślenia 


''Miłość nie zawsze kryje się w słowach. Czasem widać ją w tym, co robisz.'' 

Książka nie zawiodła mnie, a nawet przerosła moje oczekiwania, bo tak naprawdę nie wymagałam od niej zbyt dużo. Pragnęłam raczej takiej spokojnej, ciepłej powieści, w której nie ma szybkiej akcji, a przy której można odpocząć, ale również i pomarzyć. Historia Emmy i Olivery zaczyna się od krótkiego wstępu, gdzie poznajemy naszych głównych bohaterów jeszcze jako siedmioletnie dzieci. Obydwoje są ze sobą zżyci od maleńkości, gdyż wychowują się razem a ich rodzice są sąsiadami. Jak wielkie trzeba mieć szczęście aby poznać swojego najlepszego przyjaciela we wczesnym dzieciństwie i sprawić aby ta przyjaźń przetrwała lata? Niestety sielanka zostaje zbyt szybko zakłócona w najmniej odpowiednim momencie. Olivera porywa ojciec i ślad po nim ginie na dziesięć lat, przez co chłopiec nie ma szans na normalne dorastanie we własnym środowisku. 

Emma po jego nagłym powrocie ze wszystkich sił stara się mu pomóc, co nie jest proste ani łatwe gdyż chłopak zamyka się przed całym światem i nikomu nie daje do siebie dostąpić. Dziewczyna musi znaleźć w sobie wiele pokładów cierpliwości i wyrozumiałości, gdyż jest to jedyna droga do wnętrza jego starganej emocjami duszy. Jest tak zajęta Oliverem, że nagle zapomina o swoich starych przyjaciołach, którzy zaczynają to odczuwać, szczególnie Caro,  dziewczyna o złotym sercu, bardzo szalona i zwariowana, czuję się opuszczona, kiedy przyjaciółka nagle nie znajduje dla niej czasu. Bardzo lubiłam tę bohaterkę, gdyż potrafi swoim optymizmem zawsze poprawić humor oraz znaleźć radę na wszystko. Drew , jej drugi przyjaciel, o zaskakująco sympatycznym i wesołym obejściu, nie odczuwa zbytnio zmiany jaka zachodzi w ich świecie, kiedy Oliver wraca do domu, a to dlatego, że sam jest zajęty swoją homoseksualną miłością. Drew jest gejem i każdą wolną chwilę poświęca swojemu chłopakowi Kevinowi, a jego głównym zmartwieniem jest to, czy rodzina zaakceptuje jego wybory. Zauważyłam , że coraz więcej pojawia się w książkach wątków o miłości homoseksualnej. Nigdy takie wątki nie przypadają mi do gustu, jednakże nie moja to rola aby oceniać kto może kogo kochać. Trzeba akceptować ludzi takimi jacy są.


''Jeśli nie podoba Ci się, jak się sprawy toczą, to mówisz '' na mojej własnej wyspie ''. Że życie wyglądało by inaczej w twoim własnym świecie, gdzie sam wymyslałbyś zasady''. 

Każdy z nas doskonale wie, że przyjaźnie pomiędzy dwoma płciami rzadko okazują się być tylko przyjaźnią. Tak było też i w tym przypadku . Wspólne rozmowy, wypady na miasto, przelotne dotyki oraz spojrzenia. To co najbardziej mi się podobało, to momenty kiedy Emma próbuje '' zarazić ''  Olivera surfingiem, zabiera go nad ocean i uczy stawać na desce. Oliver, wysoki, ciemnowłosy młodzieniec o wrażliwym sercu i duszy , mógłby uchodzić za ideał, dlatego nic dziwnego, że dziewczyna wyczuwa wibracje, kiedy znajduje się w jego towarzystwie. Tylko jej udaje się przedrzeć do jego serca i duszy, tylko jej się zwierza, tylko jej opowiada o swoim ojcu, który pomimo porwania zapewnił mu byt . 

'' Tak robią dzieci. Chcą spędzać cały czas z mamą. Kiedy odprowadza się je do szkoły, to kurczowo trzymają się nóg i nie chcą dać zaprowadzić się do środka. Zabawne jest to, że nie zdążysz nawet mrugnąć, a dziecko chce się usamodzielnić i dla odmiany to rodzic próbuje się przykleić do dziecka.'' 


Głowna bohaterka miała wspaniałych rodziców, którzy troszczyli się o nią i kochali ją całym sercem. Mieli tylko jedną wadę: byli bardzo nadopiekuńczy i przeraźliwie martwili się aby ich córce nie stało się nic złego. Wciąż bowiem pamiętali nagłe zaginięcie Olivera sprzed lat. Emma przez długi okres czasu żyła w kłamstwie; nie przyznawała się im do tego, że pływa na desce oraz że marzy o studiach na Uniwersytecie Kalifornijskim. Pomimo tego cały czas pozostawała grzeczną, wzorową córką, przestrzegała wszystkich nakazów i zakazów, które bardzo jej ciążyły, bo ograniczały wolność. Nie rozumiem dlaczego nigdy nastolatkowie nie potrafią podjąć z rodzicami normalnej szczerej rozmowy, która na pewno załatwiła by połowę problemów. A tak, gdy wszystkie kłamstwa wyszły nagle na jaw wybuchła straszna awantura, podczas której córka i rodzice wygarnęli sobie wiele złego, a gdyby Emma załatwiła to wcześniej, to obyło by się bez tych wszystkich przykrych słów, które zostały wypowiedziane. 

Warto tez zwrócić uwagę na to, że w książkach co jakiś czas pojawiały się jakby urywki wspomnień z dzieciństwa Emmy. Były one krótkie i zazwyczaj opisywały jakies konkretne wydarzenia, które głęboko zapadły jej w pamięć . Bardzo mi się one podobały, bo kojarzyły mi się z czasem zupełnej beztroski, kiedy świat jest łatwy, a dziecko nie ma żadnych problemów. 
Podsumowując, książkę oceniam (w skali 1-10) na 5. Czytając ją miałam wrażenie, że sama przeniosłam się do słonecznej Kalifornii i zamiast Emmy to ja próbuję oswoić Olivera z obecną sytuacją i środowiskiem. Ich historia na pewno nie zostanie przeze mnie zapomniana i bardzo przykro było mi rozstawać się z bohaterami.